jacek23151
 
Dziś w Pruszkowie i szeroko pojętych okolicach odbył się kolejny etap Mistrzostw Polski w Rajdach Rowerowych na Orientację 2010 - Waypointrace. Oczywiście nie mogłem nie wystartować, no bo jak jest pod nosem i bezpłatnie do tego, to co w końcu, kurczę blade!

Polega to na tym, że należy w ciągu 6.5h znaleźć 6 z 12 (kategoria FAN) lub 12 z 12 (kategoria PRO) punktów w terenie, oznaczonych lampionami z przyrządem do odznaczania na karcie, zaś na mapie dokładnym punktem. Są to zwykle miejsca charakterystyczne (ambona w lesie, drzewo nad stawem, górka na szlaku) acz nie oczywiste. Trasa i kolejność zaliczania punktów jest podobna.

Jechałem w kategorii PRO, bo chciałem się sprawdzić, na tak znajomych terenach ukończenie kategorii FAN nawet z niezłym wynikiem byłoby żadnym wyczynem. A tak to miałem mobilizację.

I o 9 rano stawiłem się z wypucowanym i nasmarowanym rowerem na parkingu pod stadionem Znicza, żeby wystartować. Spotkałem kilkoro znajomych, pożyczyliśmy sobie szczęścia i ruszyliśmy kawalkadą o 9:30 w stronę toru kolarskiego, gdzie po lekkim zamieszaniu dostaliśmy mapy.

Rzut oka na mapę - 3 punkty są bardzo blisko, ogólnie 6 jest tak blisko siebie, że ze 3 godzinki i będę je miał, czyli start w PRO był dobrym wyborem, mam mobilizację, żeby zaliczyć co najmniej 8 (4 są w kosmicznym odległościach, za trasą katowicką, tych decyduję się w ogóle nie ruszać. Zostaje 8 - też będzie dobry wynik). Druga sprawa: decyduję się na kółeczko w odwrotną stronę - od punktu 12., bo pewnie wszyscy pojadą na te bliskie i będzie tłok.

10:10 - start! Tłum pojechał prosto na Komorów, ja od razu w prawo i korzystając ze znajomości topografii miasta już o 10:25 byłem przy tablicy z przekreśloną nazwą Pruszków. Teraz decyzja: nie jadę koło EC Pruszków II przez Gąsin bo tam ciężarówy, tylko znam taki zajebisty skrót przez pole do Parzniewa. Coś mi się majaczy, że tam leżą płyty, więc nie będzie błotka. Gówno. Płyty się kończą, dalej droga przez zboże błotnistą ściechą. Upierdoliłem się do kolan po trzeciej kałuży - może to i lepiej, teraz już można pruć bez konieczności bycia nieskazitelnym :)

10:50 - okolice punktu 12. - Krosna-Wieś, drzewo przy brzegu stawu. Popegieerowska wiocha, smutek, trudno uwierzyć, że jestem 5 km od Pruszkowa i 20 od centrum Warszawy. Stawów tu od ch..a pana, ale mniej więcej wiem który to. Skręcam koło znaku "teren prywatny, zakaz połowu ryb, wjazdu i chodzenia". Przecież nie popsuję. Dojeżdżam do miejsca, gdzie widać 3 stawy, nad każdym drzewo, poza tym syfiaste błoto, które śmierdzi szambem. Brnę przez to, śmierdzi, punktu ni chu chu. Przyjeżdżają 2 dziewczyny, pytają czy mam, mówię, że nie. One że też nie. Pytam skąd są, mówią że z Wawy, ja mówię, że tutejszy. One kpią, że słabo znam okolicę, ja im na to, żeby się rozejrzały i podały powód, dla którego miałbym tu często przyjeżdżać. Przyznają mi rację i razem jedziemy w stronę grupy ludzi, która pojawiła się pod dużym drzewem, przez pole na przełaj (błota dziwnie mało). Jest punkt! Perforujemy, godzina 11:04. Żegnam się i jadę dalej.

Asfalt - przez Biskupice, Kotowice i Milęcin, biorę skrócik polną drogą (suchą) i po 25 min. jestem koło Żukowa. Teraz skręt na Radonice i elegancką szutrówą dojeżdżam do skrętu w polną drogę, na której widać samotną kępę krzaków. O, to punkt musi być. 2 minutki i rzeczywiście: 11. Żuków, skrzyżowanie drogi i strumienia. Na szczęście nie bród, a mostek. 11:45.

Cóż dalej, szary człowieku? Rzut oka na mapę - jedziemy na Grodzisk i do punktu 10, ok. 6 km na południe od Grodziska koło wsi Adamowizna. Przebijam się bocznymi drogami do Grodziska, mijam sobie wytwórnię rur Danfossa, tory tym razem przejeżdżam wiaduktem, znajduję drogę na pływalnię, koło której mam wypaść na Odranowolę i Adamowiznę. W Grodzisku same remonty dróg, głowna na Wawę rozkopana, ta na Odranowolę też, trzeba ciąć chodnikiem albo ubitym podłożem bez asfaltu. Przecież nie popsuję. Za Odranowolą skrzyżowanie ze szlakiem niebieskim, który idzie do punktu. Przynajmniej na mapie. Pp co pruć asfaltem, szlakiem se pojadę. Błąd. Szlak idzie inaczej, a a drodze, którą jadę w którymś momencie kałuża do pół koła i na całą szerokość. Nie chcę jechać kałużą, pojadę polem obok. Dupa, tam bagno. Trzeba prowadzić. Buty mokre. Co tam, już i tak były syfne. Gorzej że wyjeżdżam na asfalt jeszcze przed punktem. A było nie kombinować. Dojeżdżam do kapliczki, w prawo, w prawo i jest punkt. Adamowizna, pd-zach. brzeg stawu. W realu - tego co ze stawu zostało. I jest 13:14.

Zostało jeszcze 3h15. Numer 9 kusi, w sumie jest niedaleko, ale mogę wtedy nie zdążyć z 6, albo się spóźnić, a 4 min spóźnienia to zabranie punktu. Nie jadę na 9, jadę na 5. Asfalt łamane przez bitą, sucho, fajnie, najpierw lasem, potem koło ośrodka rekolekcyjnego w Radoniu, do Książenic obok jebitnego osiedla domków (kto tam chce mieszkać, ja się pytam???) i na rondku w Książenicach chwila zadumy. Czy jechać na północ w stronę Żółwina i skręcić na Starą Wieś tam (5 km) i później wracać trochę na numer 6 (ale asfalt) czy bitą pojechać na Urzut i przebić się zaznaczoną gruntową do punktu od południa. Decyzja - B. Już kiedyś jechałem wariantem A, nie podobało mi się. Jadę, po 8 min jestem w Urzucie, skręcam, przebijam się do równoległej drogi, drugie tyle i powinienem być na punkcie. Spotykam jednego pana, szuka skrętu. Decydujemy się pojechać drogą z linią energetyczną obok, jest ok, ale w którymś momencie zakaz wjazdu i teren prywatny. Nic - szukamy innej drogi. Nie ma. Przyjeżdża trzeci pan, jednak jedziemy tamtą, wściekli, bo 15 min uciekło. Mijamy zagrodę przez chaszcze i pokrzywy, w końcu jest - 5. Stara Wieś, ruiny gospodarstwa, południowa część. Nie wiem czemu nie robię zdjęcia. Nawet kubki i wodę zostawili organizatorzy, fajnie, bo gorąco. 14:01.

Potem ścieżką 100 m do szosy i sru przez Starą Wieś do Nadarzyna. Do Żółwina już nie zdążę, mam już swoje w nogach, deptać mi się nie chce za wszelką cenę, zwłaszcza że punkt bardzo terenowy (czytaj: woda i błoto i las). Droga długa, nudna i prosta, z naprzeciwka jadą ludzie w drugą stronę. W Nadarzynie skręcam na Błonie. Te tereny już znam, więc jadę bez mapy, skręcam na zielony szlak, znajduję punkt 3. - Natalin, wiata turystyczna na polanie. 15:01.

Mam 1,5 h i realną szansę znalezienia punktów 2 i 1. Napotkany pan straszy mnie, że 2. jest trudne, jest bardzo dużo skrzyżowań, ojej, ojej. E tam, spróbujemy. Lepiej mieć 7 punktów, przynajmniej będzie różnica z FAN :) Wracam kawałek lasem, potem znajomymi asfaltami przez Strzeniówkę do czerwonego szlaku. Najpierw 1. Skręcam w prawo. Drogę znam, wiedziałem że będzie wertepiasta i z mnóstwem wielkich kałuż. Obok na szczęście równolegle leśna ściecha, suchutka. Inni dzielnie napierają przez kałuże, ale ślady są i tam gdzie jadę, znaczy jadą i mądrzy :) Mostek, lasek, osiedle i już widać hale Maximusa. W lewo, 300 m, w prawo szlakiem konnym, ale coś nie ma. Już mam zwątpić i wrócić, przystaję, a tu pomarańcz po oczach 50 m ode mnie. Ha. 15:35, 1. Paszków - szczyt górki na ścieżce.

W tył zwrot i tą samą drogą, na rozwidleniu w stronę Komorowa. Gdzie tu trudno, myślę sobie, mapa mówi wyraźnie, do końca działek, przed samym cmentarzem w lewo, 400 m i szukać zbicia w lewo, za 100 m powinien być. Jest za 200, ale jest. Chyba drugi najatwiejszy. 15:48, Komorów, skrzyżowanie ścieżek.

Ja nie wiem, co za ludzie, tym bardziej, że spotykam pana z kompasami, który się wścieka, że co to za las i że to granda. Mówię mu że mu zaraz pokażę jak stąd wyjechać w 2 minuty. Miał ciekawą minę. Jest już za 5 czwarta więc rura do mety. Luz, ale właśnie pada, za chwilę leje, a jeszcze za chwilę pada grad. Na szczęście słyszałem grzmoty, więc miałem mapę, dokumenty, komórkę i kartę startową w folii. A na głowie kask, to niech grad se pada. Koszulkę na zmianę też mam. 15 minut i jestem na ostatniej prostej do mety, wpadam 16:15.

Ha, zakończone, zobaczymy, który będę. Przejechałem 78,3 km w czasie 5h45 min. A oto dosłownie kilka zdjęć (nie było czasu) oraz mapa:

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego